Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Cmentarz jest opustoszały
Witaj nieznajomy.
rejestracjalogowanieRSSFB

kampania
Pod piracką banderą

Uwaga! Poniższy tekst zawiera sporo spoilerów z kampanii, jednocześnie jednak nie jest poradnikiem dotyczącym przejścia poszczególnych scenariuszy. Służy głównie za pobieżne tłumaczenie akcji gry, a także jako wyjaśnienie występowania w świecie Might and Magic pewnych elementów (takich jak nowe stwory).





Wolny żywot pirata... Bezkresne morze wokół, skrzypiący pokład i świst słonego powietrza! Młody pirat Jeremy Albatross czerpał z tego przyjemność, dopóki żywot ten nie zbliżał się zbyt gwałtownie do swego końca. Kto wie - czy to jest jego przeznaczenie, czy może też to zwykła seria zbiegów okoliczności?

Zdesperowany Jeremy, aby uciec od swych prześladowców z Erathii, posłał swą karawelę, "Czarnego Jednorożca", prosto w serce sztormu. Wierzył w swoje szczęście. Nie wierzył natomiast, że ogromne czarne fale mogą przewrócić jego statek i posłać na dno. Jednak nad Jeremym czuwał los, choć nie taki jak chciał. Kadłub okrętu uderzył o skały. Załatanie dziur okazało się niemożliwe i drużyna Jeremy'ego zdołała jedynie dopłynąć "Czarnym Jednorożcem" na najbliższy ląd, zostawiając wrak na brzegu.

Przynajmniej Jeremy Albatross żyje. A także ćwiartka jego załogi, w tym pierwszy oficer - Patrice. Złocista plaża nieznanej wyspy, błękitne niebo nad głowami i zielone morze aż po horyzont. Nowa przygoda już czeka...



część I
Piraci i palmy




Szum morza. Siedziałem na plaży i gapiłem się na swoją lewą nogę. W przeciwieństwie do prawej była bosa. Gdzieś wśród resztek statku zapodział się mój but. Co za niepraktyczne obuwie! Będę musiał znaleźć jakieś sandały czy coś podobnego. Po prawej leży mój pistolet - przemoczony i bezużyteczny. W razie niebezpieczeństwa cała nadzieja leży w mej szabli. Na szczęście to solidna regnańska stal, która zasmakowała krwi już niejednego wroga.

- Zdołaliśmy ocalić wszystko, co nie zostało pochłonięte przez wodę - głos wydobył się zza moich pleców. Obejrzałem się. Patrice, mój pierwszy oficer. Stuknęła mu już czterdziestka, lecz mimo to jego zdolności ni jasność umysłu nie odeszły w zapomnienie. Usiadł obok mnie i ze smutkiem w oczach spojrzał na wrak Czarnego Jednorożca leżący wśród skał kilka kilometrów dalej. Wkrótce fale zabiorą jego ostatnie kawałki z tego świata na zawsze. Zupełnie tak, jakby Jednorożec nigdy nie istniał.

- Dużo zapasów nam zostało? - zapytałem.
- Zapewne przez tydzień nam ich starczy. Niech mnie diabli wezmą, ale chyba dobrze się stało, że tylko paru naszych przeżyło - mruknął mój pomocnik.
- Gdzie my właściwie jesteśmy? - wstałem i oczyściłem swój stary płaszcz z piasku.
- Myślę, że to jakaś nieznana wyspa między Nighonem a Eeofolem - odpowiedział Patrice - i że jesteśmy w poważnych tarapatach.
- Jak to?
- Tu nie ma ludzkich osad. Trochę tubylców, ale to cholerne bestie. Jeśli przez tydzień nie znajdziemy żadnego schronienia - dopadnie nas głód, brak zapasów i-
- Dajże spokój! Przecież nie ma takich problemów, którym Jeremy Albartoss by nie zaradził! - przerwałem i zwróciłem się w stronę dżungli.

Gęste zarośla. Ciemnozielona żywa masa, spod której można dostrzec duże, jasne kwiaty. Gdzieś tam kryją się węże, wielkie moskity i chrząszcze żywiące się zatrutą wodą. Czułem, jak spośród tych wszystkich drzew wyzierały tuziny obserwujących mnie uważnie oczu drapieżników, czekających tylko na to, aż wpadnę w pułapkę. Oto dar od losu... Czyżby kres dni Jeremy'ego miał nadejść na tej diabelskiej wyspie?

- Ej, kanalie! - ryknąłem. - Idziemy sprawdzić, czym ten ląd może nas zaskoczyć!



Tak jak Patrice mówił, na tej wyspie żyły tylko dzikie bestie. Bynajmniej nie były one przyjaźnie nastawione do przybyszy. Krwiożercze jaszczury, gnolle, nawet parę dzikich orków... A na dodatek musiałem uważać na lewą stopę, żeby tylko nie trafić nią na jakiś jadowity kolec. Oczywiście nie mogłem zabrać butów nikomu z załogi - w końcu musiałem dbać o morale! Takie to już jest ciężkie życie kapitana.

Są jednak i dobre strony. Niedaleko brzegu ja i Patrice dostrzegliśmy wodospad. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że czuć było od niego magią na milę. Może i nie jestem magiem, ale aura była niezwykle intensywna. I znajoma. Gdy ujrzałem kobiece sylwetki wśród wody, zrozumiałem, z kim mam do czynienia. Nereidy. Istoty przywołane przez regnańskich magów z wymiaru wody. Często były przez nich wykorzystywane do różnych celów, teraz zamieszkały w naszym świecie na stałe. Dzięki znalezionemu w okolicy złotu udało nam się je namówić do współpracy, przez co mieliśmy większe szanse na przeżycie...

Oprócz tego dowiedziałem się od Patrice'a, że na tej wyspie mogą być pozostałości po erathiańskich fortecach budowanych tutaj za czasów króla Gryphonhearta. Miały one być porzucone, gdy wybuchła wojna z Nighonem i Eeofolem. Jeżeli ktokolwiek tutaj pozostał, został tu zapewne na wieki. Możliwe jest więc też, że żyją tutaj jeszcze jacyś dawni erathiańscy żołnierze, teraz już działając jako przemytnicy lub piraci. Pytanie tylko: skąd Patrice o tym wszystkim wie?

Oby tylko miał rację - marny nasz los, jeśli nic tu nie ma poza gęstwiną.



Jeremy'ego Albatrossa nigdy nie opuszcza szczęście! Jeden z naszych znalazł w głębi lądu pozostałości po erathiańskim garnizonie. Co prawda sam fort nie wyglądał imponująco, cała ściana zapadła się głęboko w bagno, ale lepsza ruina niż spanie pod gołym niebem. Przy wejściu przywitał nas gnoll. Przywitał - to znaczy na pewno się do nas odezwał.

- Abgryz.
- A ja Jeremy, miło poznać - odpowiedziałem radośnie.
- Una abgryz dyna hyh! - warknął zwierzołak.
- Tak, zrozumiałem, że masz na imię Abgryz. Nie jestem głuchy - kiwnąłem głową, a załoga zaśmiała się.

Stwór zawył i uniósł swoją maczugę. Biedak - mogliśmy zostać przyjaciółmi. A tak byłem zmuszony wyciągnąć swój pistolet i strzelić prosto w jego łeb, przyprawiając mu nową dziurę w tępym, gnollim móżdżku.

Po chwili wybiliśmy wszystkich mieszkańców tej rudery. Szybko zebraliśmy wszystkie materiały i naprawiliśmy niektóre budynki. Znalazłem nawet nowe buty - nawet jeśli nie były one przeznaczone dla ludzi, to okazały się bardzo wygodne.



Stanąłem na zarośniętym murze naszego nowego domu, wyciągnąłem lunetę i rozejrzałem się po okolicy. Wyspa okazała się być większa niż przypuszczałem - duża jej część znikała za mgłą na wschodzie.

- Hej, Jeremy, jak tam widoki? - Patrice krzyknął z dołu. - Właśnie przeszukiwaliśmy magazyny gnolli i znaleźliśmy zapasy jedzenia i świeżej wody. Tu jest nawet studnia!
- Przytulne miejsce - przytaknąłem. - Mój statek teraz gnije na dnie morza. Zarządzam więc, że zostaniemy na pewien czas szczurami lądowymi. Co ty na to?
- Ta, właśnie chciałem zaproponować, byśmy tutaj zakotwiczyli na dłużej - zaśmiał się Patrice i podrapał się po brodzie. - Ale to wszystko tutaj jest takie nieuporządkowane... Jeśli tubylcy ośmielą się nas zaatakować w nocy, zarżną nas jak świnie.
- Więc potrzebujemy zamku. Z potężnymi murami, pułapkami, pozycjami obronnymi... - wyliczałem, odrywając lunetę od oka. - Lecz gdzie znajdziemy tyle drewna i kamienia? Nie jestem pewien, czy gdziekolwiek w pobliżu znajdą się jakiekolwiek składowiska...
- Sugeruję przeczesać okolicę. Jeśli tutaj stacjonują przemytnicy, na pewno część ich towarów się gdzieś zawieruszy. No i gobliny mogą zbierać drewno do budowy swoich chat.

Uniesiony na duchu zszedłem na dół po rozsypujących się kamiennych schodach. Szczerze mówiąc byłem trochę przestraszony, że kruszą się tuż pod moimi nowymi butami. Na dole Patrice nagle spytał:
- Kapitanie, a jak nazwiemy ten fort?
- Utopia.

Dlaczego to powiedziałem i jakie jest prawdziwe znaczenie tego słowa - nie wiem.




Jeremy nie dumał nad tym, że musi odpłynąć. Teraz rozkoszuje się pełnią życia. Jednak gdzieś niezbyt daleko zbliżają się niezliczone hordy kreegańskich demonów. Przygotowały się do decydującego przełomu, ostatecznej formy swego planu zniszczenia świata. Wpierw jednak wyślą swoich szpiegów we wszystkie zakątki planety. W ich drodze zaś stoi mała wysepka, pośrodku której stoi mały fort z piracką banderą.

By przetrwać, Jeremy musi stać się władcą tej wyspy. Czy i tym razem dopisze mu szczęście?



część II
Władca wyspy




Nad Utopią dumnie powiewała na wietrze bandera z Wesołym Rogerem. Ja i moi chłopcy przez parę dni nie ruszymy się poza fort. Wszystko dlatego, że jeden z naszych znalazł magazyny pełne rumu kokosowego, a pozostawienie tego na straty byłoby wyjątkowym marnotrastwem. Do diabła z tymi wszystkimi troskami!

- Hej, kapitanie, zbliża się do nas grupa gnolli! - ktoś wrzasnął z murów.
- Powystrzelaj te małe ścierwa i chodź się bawić - odkrzyknąłem i ucałowałem swoją butelkę.
- Są pod białą flagą - strażnik nie dawał za wygraną.
Wcisnąłem ręce w płaszcz, wziąłem głęboki oddech i odpowiedziałem:
- Dobra, niech przyprowadzą swojego dowódcę. Ale nadal nie rozumiem, czego oni właściwie chcą.

Na dziedzińcu stanął całkiem wysoki blondwłosy bobołak. W przeciwieństwie do innych współplemieńców miał na sobie kolczugę, a przy pasie miecz. Po raz pierwszy ujrzałem gnolla, który nosił na sobie naszyjniki zrobione z kości i innych odpadków. Prawdopodobnie bardzo inteligentny osobnik.
- Abgryz? - zapytałem go wprost, wyszukując w myślach najbardziej prawdopodobne pejoratywne określenia gnolli.
- Co? - wychrypiał bobołak, po czym opuścił głowę w konsternacji. - Czy ty w ogóle mówisz po erathiańsku?
- Mówię - mruknąłem. - I ty też mówisz. Tak więc wyjaśnij szybko i dokładnie czego chcesz, po czym zjeżdżaj stąd.
- Nazywam się Alkin. Jestem przywódcą największego plemienia na tej wyspie - odrzekł gnoll i spojrzał na moją butelkę.
- Kapitan Jeremy Albatross. Właściciel najbardziej ufortyfikowanego zamku na wyspie - przechwalałem się.
- To gówno, a nie fortyfikacja - odparł złośliwie gnoll i łapczywie oblizał swoje wargi. - Jeśli sobie tego życzysz, twój fort można zniszczyć, ciebie zaś zostawić na zgnicie.
- Mm-mm... Czyżby to była groźba?
- W żadnym razie. Przyszedłem tu po dwie rzeczy. Chciałem zaproponować ci sojusz i przyjacielską poradę - odrzekł stanowczo gnoll.
- Sojusz! - zaśmiałem się. - Ludzie, gnolle chcą sojuszu! Wiesz, Abgryz, nie widzę powodu dla którego potrzebowalibyśmy sojuszu z wami.
- Jestem Alkin - poprawił mnie bez żadnych złośliwości. - A argument za sojuszem jest znaczący, tylko wy jeszcze o tym nie wiecie. Niedługo z wyspy pozostanie sama martwa ziemia. Dlatego więc wierzę, że lepiej będzie działać razem. W końcu wciąż nie masz jak stąd odpłynąć.
- A co niby grozi wyspie? - zapytałem.
- Nasz szaman miał wizję w której hordy żądnych potworów tutaj lądują. Chodzi o Kreegan. Tak, wierzę że prędzej czy później tu przypłyną. Eeofol jest niebezpiecznie blisko. A ta wyspa jest bardzo dobrym miejscem do przejmowania statków Erathii i jej sojuszników.
- Gdzie ty zdobyłeś taką wiedzę o reszcie świata?! - nie potrafiłem ukryć zdumienia, więc znowu ucałowałem butelkę. Cierpki smak ponownie poparzył usta i uderzył w nos.
- To nieistotne - uciął gnoll. - Sugeruję, byś przestał bezcelowo pić i spróbował nakłonić wszystkich mieszkańców wyspy do współpracy. Wtedy przynajmniej będziemy mieli z nich jakieś korzyści.
- Słuchaj, Abg- Alkin, dlaczego mielibyśmy ryzykować swoje życie, przemierzając bagna i dżungle? Jeśli natkniesz się na Kreegan - wpuścimy was wszystkich i wyrżniemy demony zza murów.
- Będą ich krocie. Władają potężną magią i posiadają wiele silnych czarodziejskich bestii. Ty zaś masz grupę bandytów. Przemyśl moją propozycję - Alkin skończył, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.



Dzień później postanowiłem pogadać z Patricem o propozycji gnolli.
- Wiesz, kapitanie, nawet jeśli się mylą, dobrym pomysłem jest zapoznać tubylców z nami tak, by czuli do nas respekt. Tutejsi przemytnicy i bandyci są gotowi przysiąc nam wierność, podobnie zresztą jak inne stworzenia. Najważniejsze jest znaleźć dla nich miejsce w Utopii - argumentował stary pirat.
- Tak, im mniej obcych na wyspie, tym mniej kłopotów dla nas - zgodziłem się. - Tak swoją drogą, Patrice, rozkaż gdzieś schować ten pozostały rum.
- Dlaczego? - Patrice był wstrząśnięty.
- Mam po nim okropny ból głowy.

Wkrótce rozpoczęliśmy poszukiwania sojuszników. Te inteligentniejsze humanoidy były bardziej skore do współpracy, wielu niestety musieliśmy przekonywać siłą. Przy okazji jednak przekonałem się o wyjątkowej wręcz faunie panującej na wyspie - prócz poznanych już przeze mnie gnollów, goblinów i innych choć trochę przypominających ludzi stworzeń natknąłem się na bazyliszki, beholdery czy też minotaury - zapewne uciekinierów z Nighonu.

Natknąłem się też na bestie, których na tej wyspie nigdy bym się nie spodziewał. O ile łuskowate gado-ptaki zwane assidamami widywałem dość często na wielu regnańskich statkach, tak nie sądziłem, że na okolicznych skałach na morzu mogą żyć regularne behemoty czy smoki! Te drugie były szczególnie niemiłym przeżyciem i mocno podburzyły morale mojej załogi.



Pewnego dnia moi zwiadowcy ujrzyli niedaleko Utopii małe stworzenia przypominające demony. Prawdopodobnie to Kreeganie już wysłali swoich szpiegów i szykują się do inwazji na wyspę.

Tydzień później w nocy odwiedził mnie Alkin. Tym razem jednak był sam.
- Widzę, że jednak przyjąłeś moje słowa do serca. Nie na próżno. Niedaleko osady mojego plemienia coraz częściej widuję diabły, demony i ifryty. To jednak nie jest jeszcze inwazja, a jedynie zwiadowcy przygotowujący teren - powiedział.
- Słuchaj, przy pierwszym spotkaniu byłem pijany i nie pomyślałem o tym, by spytać - skąd ty wiesz to wszystko? - zapytałem.
- Haha, zanim się urodziłeś, byłem sierżantem królewskiej armii Tatalii - Alkin się uśmiechnął i zniknął w ciemnościach dżungli, zanim zdążyłem go zapytać o cokolwiek innego.

Pod koniec miesiąca można było dostrzec wśród zarośli jakieś światła. Rano zaś znajdowałem tam ślady po ofiarach i spalone drzewa. Prawdopodobnie zwiadowcy Kreegan rozpoczęli działania i zaczęli wywoływać portale dla demonów, cerberów i innych piekielnych stworów. Powoli zaczął mnie ogarniać prawdziwy strach...




Czarne okręty przycumowały do wyspy. Pazury i kopyta obcych istot wkroczyły na piasek i ruszyły w stronę dżungli, by zniszczyć wszystko, co będzie stawiać opór. Jeremy i jego nowy towarzysz Alkin pochylili się nad mapą myśląc jak odeprzeć najazd Kreegan. Czy bandyci i ruch oporu mieszkańców wyspy zdołają obronić się przed demonami czy też zostaną wdeptani w ziemię?

Jeremy wciąż wierzy w swoje szczęście. Znalazł się w potrzasku i nie ma innego wyjścia, jak tylko walczyć ze swym nowym wrogiem. Teraz porażka jest niedopuszczalna.



część III
Diabelski świt




Spotkałem się z tym piratem i jego załogą we wschodniej części wyspy. Widać że przez ostatni miesiąc udało im się zdobyć zaufanie tutejszych mieszkańców. Ku mojemu zaskoczeniu jednak dołączyli do nich nie tylko okoliczni rozbójnicy, lecz także rzadkie morskie bestie oraz źródlane nereidy! Wiedziałem co prawda, że ci cudzoziemcy mają niezwykłe szczęście, ale nie wierzyłem w siłę perswazji kogoś, kto pije więcej rumu niż jego głowa jest w stanie wytrzymać.

- Dobrze się spisałeś, Jeremy Mewa! - przywitałem go przyjaźnie, wchodząc do jego nowego fortu. Przez ten czas zebrali wystarczająco dużo surowców, by wybudować drugi zamek.

- Jeremy Albatross - poprawił mnie z widocznie wymuszonym oburzeniem. - Zatem jaki jest plan?
- Na wschodzie leży osada mojego plemienia. Nie zbierałem pcheł przez ten cały czas, lecz wzniosłem odpowiednie mury. Twoje nie są aż tak potężne jak moje, ale ty nie służyłeś w tatalijskiej armii - zebrało mi się na melancholię.
- Są bardzo dobre. Z drugiej strony, mamy przecież pistolety, a nie podgniłe włócznie i łuki - zaczął się przechwalać, wyciągając swoją broń.
- Nie wymądrzaj się. Twoja zabawka zużyje się szybko - w przeciwieństwie do kamiennych toporów. Ale faktycznie potrzebujemy każdego uzbrojenia.
- Moi zwiadowcy dostrzegli dwie armie Kreegan na północnym wybrzeżu - powiedział Jeremy, chowając swój pistolet. - Będą mieli jednak poważne problemy z przejściem przez moczary i zarośla. Będą idealnym celem dla pułapek i ataków z zaskoczenia.
- Zapewne, lecz najgorsze, że mają też jeszcze gdzie indziej jakieś wsparcie. I, rzecz jasna, tajny magazyn zasobów. Bez niego nie mieliby jak działać. Myślę więc, że musimy znaleźć to miejsce i je zniszczyć, aby nie mogli już tutaj powrócić. Wpierw jednak powinniśmy zmusić Kreegan do ucieczki. Nie dostaniemy się do ich bazy, nie wypędzając demonów z wyspy. Plan zatwierdzony, sojuszniku? - wyciągnąłem do Jeremy'ego rękę. Chyba nigdy nie rozmawiał z gnollami - miałem wrażenie, że reaguje na mnie jak na psa podającego łapę swojemu panu.

W końcu ścisnął moją dłoń, a na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Jego gładka skóra była dziwna w dotyku - a już na pewno inna od szorstkiej dłoni bobołaka pokrytej z wierzchu miękkim futrem. Ciekawe czy kiedykolwiek wcześniej ściskał rękę przedstawicielowi innej rasy niż ludzka.

- Świetnie - przytaknąłem. - Wrócę teraz do swoich ludzi i spróbuję jeszcze bardziej wzmocnić fortyfikacje. Najważniejszym jest nie dać Kreeganom czasu na zebranie sił na ostateczny atak. Jeśli dorwą się do mojej lub twojej fortecy - będzie to początek końca.



Kreeganie powoli rozłazili się po całej wyspie. Sytuacja była coraz gorsza, lecz faktycznie znalazłem dobrego sojusznika - ludzie Jeremy'ego zaczęli niszczyć pojedyncze obozy Kreegan i kraść ich zapasy, znacznie spowalniając inwazję. My w tym czasie przygotowywaliśmy się do starcia z większymi oddziałami demonów.

Pewnego dnia zorientowałem się, że spod ziemi co tydzień wyłażą kolejne oddziały demonów. Doszedłem do wniosku, że gdzieś tam musi się znajdować ich baza. Ważniejsze jednak od bazy były oddziały panoszące się na powierzchni. Moi zwiadowcy poinformowali mnie, że wśród przeciętnych demonów panoszyły się elitarne diabły. Wysłałem o tym list do swojego sojuszniczka, coby miał się na baczności.

Od zwiadowców usłyszałem również, że na małej wysepce na południe stoi dziwaczna, grotopodobna struktura, nie stworzona jednak przez naturę. Po jej bokach widniały posągi mocarnych, jaszczuropodobnych stworzeń, z głębi groty zaś cuchnęło rybami i skorupiakami. Słyszałem co prawda kiedyś o niksach - starożytnych mieszkańcach morza, wciąż jednak jestem przekonany, że to zwykłe bajki dla małych reptilionów, coby nie zapuszczały się za daleko na plażę. Jeżeli jednak to prawda, to lepiej żeby te stwory nie mieszały się w nasze sprawy...



Trzeba przyznać, iż mój przyjaciel pirat nie próżnował. Od czasu naszego ostatniego spotkania jego armia urosła w siłę. Co prawda przy okazji stała się też iście tęczową mieszanką przeróżnych humanoidów i bestii, ale jakie to ma znaczenie, jeśli mamy do czynienia z prawdziwą wojną? Oby moje i jego wojska stanowiły razem wystarczająco potężną armię, aby stawić czoła najeźdźcom.

Prawdopodobnie te większe oddziały Kreegan na powierzchni zostały już wytępione. Czas na podziemną bazę. Z tego co się zorientowałem fortece Kreegan są często otoczone polami siłowymi, przez które można przejść za pomocą przeróżnych amuletów. Takowe znaleźliśmy przy ciałach dowódców, powinniśmy więc łatwo przejść przez ich mury.

Nadeszła więc chwila ostatecznego starcia. Oby nasza wspólna praca nie poszła na marne! Wytępmy te ścierwa z tej wyspy raz na zawsze!



Niedobitki diabelskiej armii zostały zepchnięte na wybrzeże i zrzucone do morza. To było zwycięstwo godne największych generałów - oto paru bandytów i pospolite ruszenie tubylców pokonało Kreegan. Niestety, prawdopodobnie nikt o nim się już nie dowie.

Jeremy stanął ze swoimi ludźmi na brzegu, świętując zwycięstwo. Był jednak szczególnie zadowolony, że szybkie i silne statki Kreegan pozostały nietknięte. Od razu wydał rozkaz wybrania najlepszych jednostek i odcumowania.

Już na pokładzie, patrząc na oddalającą się wyspę, Jeremy zorientował się, że nie zapytał Alkina kim on naprawdę jest i co robił w takim miejscu. Szybko jednak wyrzucił ze swej głowy te myśli, oczekując nowych przygód. Jakich? - Jeremy, rzecz jasna, nie wiedział.




© 2003-17 Kwasowa Grota. Wszelkie prawa zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie, publikowanie lub modyfikowanie tekstów grafiki i innych materiałów chronionych prawem autorskim znajdujących się na stronie bez wyraźnej zgody autorów jest zabronione.
Komnaty "Horn of the Abyss". Redakcja, kontakt