Kwasowa Grota Heroes VIIMight & Magic XDark MessiahHorn of the AbyssHistoria Światów MMSkarbiecCzat
Cmentarz jest opustoszały
Witaj nieznajomy.
rejestracjalogowanieRSSFB

kampania
Postrach mórz

Uwaga! Poniższy tekst zawiera sporo spoilerów z kampanii, jednocześnie jednak nie jest poradnikiem dotyczącym przejścia poszczególnych scenariuszy. Służy głównie za pobieżne tłumaczenie akcji gry, a także jako wyjaśnienie występowania w świecie Might and Magic pewnych elementów (takich jak nowe stwory).





W pieśniach bardów prawie każda legenda zaczyna się od tego, iż bohater przebywał w karczmie. Tak i tutaj pirat Bidley siedział w tawernie, umiejscowionej w rybackiej wiosce na brzegu barbarzyńskiego Krewlod.

Kto by pomyślał że zwykła rozmowa z jakimś pijakiem przerodzi się w prawdziwą przygodę, która zmieni losy świata? Naturalnym jest, że Bidley o niczym takim nawet nie marzył. Siedział tylko, sącząc tanie piwo i słuchając starca opowiadającego o tajemniczym więźniu, którego niedawno umieścił w specjalnej antymagicznej celi. Bidley pomyślał, że skoro trzymają tam tak wielkiego maga, to musi on pochodzić z Bracady. I że wyraz wdzięczności potężnego czarodzieja musi być wyjątkowy.

Szkoda że Bidley nie wiedział, iż tym więźniem jest znany arcymag Xanthor, który nie przepada za piratami. Jednak los chciał, by Bidley ruszył na ratunek swojemu staremu wrogowi. I wtedy wszystko się zaczęło...



część I
Jeniec losu




Nigdy nie lubiłem wybrzeży Krewlod: smród brudnych ciał goblinów i orków, ich niezrozumiały bełkot, całkowity brak kultury i szacunku na rzecz brutalnej siły. Od zawsze wolałem pieśni erathiańskich bardów, dzieła sztuki tworzone przez elfickich rzemieślników, czy też jadamskie wina. To wszystko znajdowało się w domu, na Regnie. To wszystko, mimo utartego stereotypu, że piraci nie różnią się zbytnio od barbarzyńców. Młodzi i głupi kapitanowie - zapewnie i owszem, wielu z nich odnalazłoby się w towarzystwie krewlodskich bandytów. Ale większość starszych, poważanych admirałów to kulturalni, inteligentni ludzie.

Wyszedłem z tawerny Ucho rekina, spojrzałem w stronę słońca i zacząłem się zastanawiać. Jeśli ten pijak miał rację i barbarzyńcy naprawdę pojmali tak potężnego maga, czarownik z Bracady będzie bardzo wdzięczny za jego pomoc. A to oznacza, że piraci mogą spodziewać się nie tylko hojnego wynagrodzenia, ale również pozwolenia na grabież statków u brzegu Bracady (rzecz jasna, nie atakując samych jej mieszkańców). Gra może być warta świeczki.

Obecnie barbarzyńcy skończyli kolejny Festiwal Życia (którego znaczenia, przyznam się szczerze, kompletnie nie rozumiem). Książę Boragus nie żyje, a jego miejsce zajął młody, ale jeszcze bardziej okrutny i podstępny Kilgor. Krewlod zawsze balansowało na krawędzi anarchii, a teraz mają istne pandemonium. Moja flota jest za daleko, zresztą i tak jej nie potrzebuję. Wybiorę paru miejscowych zawiadaków, przejmę najbliższy fort barbarzyńców, a stamtąd z górki do Zargand. Wszystkie te plemiona i tak wycinają siebie nawzajem z historii, a tylko garstka monet może zadecydować, kto tnie bardziej głęboko.

Zapytałem jednego z przechodzących tubylców:
- Hej, kolego, gdzie jest najbliższy fort armii Krewlod?
- Tą drogą na północ - nieznajomy smutno wskazał mi drogę i zajął się własnymi sprawami.



Cokolwiek by nie było, muszę się pośpieszyć. Prędzej czy później pogłoski o bandzie piratów dotrą do lokalnych hersztów, oni zaś będą się starali usunąć intruzów z ich terytorium. Gdyby tylko działać szybko i zdecydowanie, można byłoby zmusić ich do poddania się, a ich armie wykorzystać do szturmu na Zargand. Co prawda jak tylko przyjdą oprawcy od Kilgora, wszyscy, co mi pomogli, zostaną straceni, ale skoro teraz ci barbarzyńcy nie mają żadnych skrupułów, to sami są sobie winni.

Zwiadowcy donoszą, że w pobliżu znajduje się parę fortów armii Krewlod. Jeden jest na południowym zachodzie, drugi na północnym wschodzie. Jeszcze jeden z więzieniem chroniącym przed magią umiejscowiony jest na północnym zachodzie, ale nie ma po co wybierać się tam z wielką armią. Trzeba tylko pamiętać że jest chroniony przed magią.



Dziś w nocy miałem dziwny sen. Śniło mi się, jak pływałem w morzu i widziałem wszystko pod wodą jasno i wyraźnie, jakbym był na powierzchni. Mogłem też zresztą normalnie oddychać. Co to może znaczyć? Zniechęcenie się otwartym morzem? A może po prostu zwykły sen?

Rano przybiegł do mnie marynarz z listem. Otrzymał go co prawda w nocy, ale teraz mógł go wreszcie dostarczyć. Byłem trochę zaskoczony, w końcu nigdy nie wysyłałem ani nie otrzymywałem od nikogo listów. Po otwarciu koperty ujrzałem znajome pismo i zwięzły tekst:

Mam kłopoty. Niedługo przybędę. Twój oddany J.




Szybkie spojrzenie, rzucone na wiatr słowo, pochopna decyzja... Wszystko to może znacząco wpłynąć na nasz żywot. Jeremy, który postanowił pomóc nieznanej kobiecie, odmienił tą decyzją życie swoje i jego brata.

Trudno przewidzieć, kto będzie naszym przyjacielem, a kto wrogiem. Podobnie trudno jest przewidzieć chwile, które mogą odmienić nasz los. Jeremy od zawsze balansował na tych granicach, nawet kiedy walczył z demonami na małej wyspie. Przez ten cały czas zdawał się przede wszystkim na swoje szczęście.



część II
Evenmorn




Kreeganie mieli bardzo dobre statki. Niekoniecznie szybkie, ale nadające się do długich podróży. Płynęliśmy na północ od Erathii. Powrót na Regnę nie wchodził w grę, a wdawać się w walki z erathiańskimi patrolami nie było sensu.

Patrice wyjaśniał coś właśnie nowicjuszom którzy dołączyli do nas na wyspie. Według mnie ci ludzie już wcześniej służyli w garnizonie Utopii (nie mam pojęcia jak ten fort nazywał się wcześniej). Alkin obiecał trzymać oko na Utopii i, jeśli kiedykolwiek do nich wrócę, oddać fort do mojej dyspozycji. A teraz muszę pomyśleć gdzie znajdę nowy statek, bardziej godny imienia Jeremy'ego Albatrossa.

Ale moja ciekawość nigdy nie gaśnie. Marynarz na bocianym gnieździe zauważył jakąś krainę na horyzoncie. Przejrzałem mapy i zorientowałem się, że Kreeganie nie zaznaczyli nigdzie tego lądu. Bardzo, bardzo ciekawe. I wtedy istny diabeł mnie podpuścił, bym wydał rozkaz zbliżenia się do wyspy i zapuszczenia kotwicy.



Na środku tej dziwnej wyspy znajdował się wysoki budynek, jakby wieża, otoczona sporym murem. Patrice i ja wzięliśmy najbardziej zaufanych członków załogi i podpłynęliśmy do brzegu. Tam czekało na nas powitanie. Najdziwniejsze było to, że wszyscy witający byli kobietami. I na dodatek bardzo ładnymi.

- Niech mnie piorun trzaśnie! - krzyknąłem, schodząc na ląd. - Jesteśmy w niebie?
- To zależy co przez to rozumiesz - powiedziała jedna z kobiet i podeszła do mnie. - Jestem Casmetra, arcymistrzyni hydromancji i kustoszka biblioteki.
- Jeremy Albatross, admirał Regnańskiej Armady - ukłoniłem się, a za mną rozległ się stłumiony śmiech mojej załogi.
- Co jest celem przybycia na naszą wyspę, admirale? - zapytała Casmetra.

Pozwoliłem sobie wziąć pod uwagę nową znajomość. Wiek był trudny do określenia, ale wciąż wyglądała atrakcyjnie. Słyszałem o jednym kapitanie, który miał za kochankę czarodziejkę. Był z tego bardzo zadowolony, dopóki nie dowiedział się, że jest od niego dwa razy starsza. Ach, ci magowie! Moje rozważania przerwały krzyki przerażonych dziewczyn z wieży:
- Pani! Oni znowu atakują!

Bez wahania ruszyłem za kapłankami. Po wspięciu się razem z nimi na mury fortecy, ujrzałem wielki oddział złożony z ludzi, orków, reptilionów i nieumarłych. Nie miałem pojęcia co sprawiło, że tak wymieszany tłum działał we wspólnym celu, ale właśnie trzymali taran, którym próbowali wbić się do środka. Casmetra i jej kapłanki odparły zaklęciami, a ja, jako prawdziwy dżentelmen, zastrzeliłem orka z przodu taranu.

- Do abordażu! - wrzasnąłem i zeskoczyłem z muru prosto w moich przeciwników, siekąc ich swoim mieczem. Grupa najemników nie przewidywała takiego oporu, więc kiedy porozcinałem flaki paru chłystkom, atakujący postanowili uciec.

- Podobasz mi się, Jeremy Albatross - Casmetra uśmiechnęła się do mnie zza muru.
- Po prostu "Jeremy" - odparłem, chowając swój miecz.
- Nie prosiłam ciebie o pomoc, a i tak mi pomogłeś. Dziękuję.
Tak, to nic takiego. Jeremy Albatross zawsze tam, gdzie ktoś podnosi rękę na kobiety i dzieci. Nawet jeśli jestem piratem, to postępowym i miłym, a przy tym skromnym.
- Zatem czyż nie pomożesz biednej kobiecie obronić jej dom przed bandytami?



Później, przy oparach ale, Casmetra wyjaśniła mi, że ta wyspa nazywa się Evenmorn (słyszałem o niej wcześniej na Regnie, ale nigdy nie widziałem na własne oczy). Nekromanci, wpierani przez Świątynię Księżyca, chcą zrabować bibliotekę, w której mieści się tajemna wiedza o magii wody i jej artefaktach. Wcześniej im się to nie udało, ale teraz nekromanci ściągnęli najemników z Tatalii i Krewlod. Kapłanki bez pomocy z zewnątrz nie dadzą sobie rady im się przeciwstawić.

Jeśli kiedykolwiek będę miał dzieci, i one zapytają mnie: Tato, czemu znowu wdałeś się w kolejną wojnę?, odpowiem bez wahania: Nie wiem, po prostu chciałem!



Najwyraźniej Patrice był bynajmniej zadowolony z mojej decyzji.
- Kapitanie, to na pewno nie moja sprawa, ale ja wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego musimy pomagać tym... kobietom - zapytał mnie ze skargą w głosie.
- Spójrz, Patrice, życie jest pełne niespodzianek! One staną się z wdzięczności naszymi sojuszniczkami, a Sacredcove może w przyszłości być naszą tutejszą bazą. Dlatego więc, jako że patrzę na wszystko parę kroków naprzód, ja jestem kapitanem, a ty - pierwszym oficerem! - odparłem.
- Jak uważasz, Jeremy - odparł niechętnie Patrice - ale według mnie...
- Czemu ten marynarz sprzeciwia się rozkazom? - rozległ się niedaleko głos Casmetry. Minęła chwila, jak ona sama pojawiła się obok nas.
- To nie marynarz. Patrice, mój pierwszy oficer - odpowiedziałem.
- Bardzo mi miło - rzekła chłodno kapłanka. - Casmetra, arcymistrzyni hydromancji.
- Miłego dnia, Pani - Patrice uśmiechnął się i poszedł w swoją stronę, kuśtykając jak to miał w zwyczaju.

- Musisz nauczyć swoich ludzi przestrzegania hierarchii - powiedziała kapłanka.
- Nie bądź tak negatywnie nastawiona. My, piraci, jesteśmy dla siebie jak bracia i siostry. Wszystko opiera się na wzajemnym szacunku... - zacząłem opowiadać, pamiętając jednak, że na Regnie pełno jest kapitanów i załóg, które przypominają raczej bandy ogrów na dzikich pastwiskach Jadame.
- Dobrze wiesz, że to nic więcej jak tylko kiepskie kłamstwa - Casmetra westchnęła i zniknęła w magicznym błysku.

- Kiepska załoga, kiepskie kłamstwa... Właściwie jestem bezużyteczny! - krzyknąłem sam do siebie.



Pewnego dnia postanowiłem napisać list do mojego ukochanego brata Bidleya. Po wypiciu butelki rumu dla inspiracji, zacząłem pisać list. Z jakiegoś powodu przez dłuższy czas nie mogłem wymyślić niczego prostego i jasnego. Kreśliłem piórem po kartce przez około godzinę, aż w końcu zadowolony przeczytałem co wyszło:

Mam kłopoty. Niedługo przybędę. Twój oddany J.



Kiedy miałem położyć się spać, przybył do mnie Patrice z raportem:
- Kapitanie, zwiedziłem okolicę i ustaliłem, że wróg ma trzy twierdze. Do tego w podziemiach znajdują się korytarze pozostawione po nighońskiej kolonii. Zapewne zostały zbudowane w czasie wojny, ale porzucone na pastwę losu. Trzeba będzie przekonać podziemne istoty do służby po naszej stronie, w przeciwnym wypadku będą walczyć przeciwko nam.

Z trudem powstrzymałem emocje i zadałem pytanie:
- Patrice, nigdy nie przestaniesz mnie zdumiewać. Czy ty przypadkiem nie byłeś kiedyś łowcą w AvLee?
- Nie, kapitanie - mój asystent się zaśmiał. - Nie lubię o tym mówić.
- Przestań, przecież ja nie wróg. Członkowie załogi nie powinni mieć przed sobą sekretów.
- Cóż, jeśli tak sobie życzysz... - Patrice machnął ręką. - Na wschodzie znajduje się spory archipelag. Tam też znajduje się kolonia Erathii. Byłem jednym z tych ludzi którzy walczyli o niepodległość. Dlatego przedzieranie się przez bagna i lasy jest dla mnie niczym niezwykłym.
- A jak skończyła się wasza walka o niepodległość? - spytałem.
- Gubernator złapał wszystkich z ruchu oporu, oprócz mnie. Rano zostałem zatrudniony jako marynarz na statku płynącym do Erathii. I w taki sposób uciekłem, a inni zostali powieszeni. Od tamtego momentu poprzysięgłem sobie, że nigdy nie wrócę do swojego domu - odparł Patrice z tęsknotą w głosie.
- Dlaczego nie poprzysiągłeś sobie zemsty? - nie kryłem zaskoczenia.
- A co może zrobić samotny mężczyzna w średnim wieku? Nie mam ani charyzmy, ani bogactwa, ani talentu do magii. Poza tym tam jest moja żona z córką. Mam nadzieję że nic im się nie stało. Prawdopodobnie córka już wyrosła, wyszła za mąż i nawet nie wie, kto jest jej ojcem.
- A jeśli obiecam ci że powrócimy tam i przywrócimy sprawiedliwość? Rzucimy gubernatora na pożarcie rekinom, a ty zostaniesz nowym królem... albo ktokolwiek kogo tylko wybierzesz? - zaproponowałem z uśmiechem.

Twarz Patrice'a skamieniała. Przez chwilę próbował dobrać słowa, aż w końcu rzekł:
- To będzie dla mnie najbardziej hojny dar w życiu, kapitanie.




Bidley, nieszczęśliwie ratując Xanthora, dowiedział się od niego o rogu otchłani. Xanthor chciał w ten sposób zgładzić pirata w nadziei, iż zginie, próbując się do niego dostać. Jednak Bidley nigdy nie był tak łatwowierny.

Ale teraz, po zjednoczeniu ze swym bratem, zaczął poważnie się zastanawiać nad wyprawą po róg otchłani. Potrzebowali statków, wielu nowych okrętów. Jak i ludzi oraz zapasów. Skąd je zdobyć? Casmetra zasugerowała odwiedzić wybrzeża piekieł, sam Eeofol, i napaść kraj Kreegan. Plan niebezpieczny, lecz przemyślany.



część III
Skraj piekła




W małej cuchnącej tawernie Czarny znak było ciemno i głośno. Siedziałem w kącie i sączyłem tanie piwo. Byłem całym sercem zdegustowany tym, że muszę tutaj siedzieć, ale czegóż to się nie robi dla podtrzymywania starych tradycji...

Drzwi otworzyły się i do tawerny wszedł mężczyzna o rysach podobnych do moich. Był on tylko niższy, szczuplejszy i ubrany w fircykowatą kamizelkę. Wraz z nim przyszła ubrana na jaskrawo atrakcyjna kobieta. Mężczyzna podszedł do mnie i radośnie krzyknął:
- A-ha-ha! Stary kundlu! Jak długo się nie widzieliśmy! Gdzie się podziewałeś, co robiłeś?

Jeremy, mój młodszy brat. Zawsze energiczny i szalony. Wstałem, objąłem go i odparłem:
- A ty, jak widzę, nie marnowałeś tego czasu. Zawsze taki sam - wiecznie młody, wiecznie pijany? Co cię tu sprowadza, co się stało?
- Taki drobiazg - Jeremy wzruszył ramionami i usiadł przy stole. Jego towarzyszka również się dosiadła.
- A tak w ogóle, to jest Casmetra, arcymistrzyni hydromancji.
- Bidley, po prostu kapitan Bidley - odpowiedziałem, siadając.
- Miło cię poznać, kapitanie. Słyszałam dużo o tobie - powiedziała Casmetra.
- Naprawdę? A co też o mnie słyszałaś? - uśmiechnąłem się i pociągnąłem sobie porządnie z flaszki.
- Że uratowałeś Xanthora, arcymaga królowej Katarzyny.
Na tę wieść Jeremy zagwizdał:
- Do tysiąca czortów! Bracie, zacząłeś pracować dla Erathii?
- A skąd miałem wiedzieć, że w tej celi siedzi Xanthor? - mruknąłem niechętnie. - Czas spędzony na próżno. Nie dość że okazał się niewdzięcznym draniem, to jeszcze plotkują, że pracuję dla królowej! Korsarz Jej Królewskiej Mości...
- Więc on naprawdę jest taki niewdzięczny? - spytała Casmetra.
- Nie do końca. Opowiedział mi jakąś legendę o czymś w rodzaju rogu otchłani...
- Niemożliwe! - jęknęła kapłanka, a my z Jeremym spojrzeliśmy na nią zdziwieni.
- Co w tym niezwykłego? - spytał zaskoczony Jeremy.
- Słyszeliście kiedykolwiek o ostrzu armageddonu albo płaszczu nieumarłego króla? - zawołała Casmetra, gestykulując gwałtownie i niekobieco. - To legendarne artefakty, unikaty na całym świecie! Róg otchłani również jest takim artefaktem. Ludzie wierzą że leży gdzieś na dnie morza, gotowy do użycia. A ten kto go odnajdzie będzie mógł panować nad wodą! To tak jakby stać się żywym odpowiednikiem Władcy Wody!
- Interesujące... - mruknąłem cicho, odkładając pusty kufel na bok. - O ile Xanthor nie łgał, to powiedział mi gdzie znajduje się ten róg.
- Nie masz pojęcia ile wart jest ta wiedza - Casmetra szepnęła, zamykając oczy.
- Więc jak? Idziemy szukać rogu otchłani?! - Jeremy spytał.
- Nie, czekaj. To zbyt niebezpieczne. Nie mamy wystarczająco wielu ludzi, statków i zasobów. Nie jesteśmy regnańską flotą, nas jest tylko dwójka kapitanów z paroma tuzinami marynarzy na pokładzie - starałem się ostudzić jego zapał.
- I ja. Arcymistrzyni hydromancji oraz moje uczennice - dodała Casmetra. - I myślę że wiem gdzie znajdziemy to czego potrzebujemy. Jednakże będzie to nas kosztować trochę wysiłku...
- A tak w ogóle, Jeremy - nagle przypomniałem sobie - co się stało? Gdzie twój Czarny jednorożec?
- Zatonął... - Jeremy odparł szczerze i odchylił się do tyłu zażenowany.



Wybrzeże Eeofolu. W oddali widać było spopieloną ziemię, pełną czarcich ogni i popiołów, niczym ogromną ranę na ciele Erathii. Gdzieś tam właśnie rodzą się te straszne stwory, które maszerują po spalonej ziemi, kierując się w stronę ludzkiego świata. Właśnie podziwiałem te widoki, siedząc na murach nowo zbudowanego fortu.
- Te stworzenia posiadają niezwykłe bogactwa które będą nam potrzebne - powiedziała Casmetra. - Są tak zajęte wojną z Erathią i jej sojusznikami, że nas nie zauważą. I tak będą miały wystarczająco dużo surowców, więc możemy sobie pozwolić na róg obfitości.
- Że co proszę? - zdziwił się Jeremy.
- Róg obfitości - wyjaśniła kapłanka. - Możemy zapłacić mistrzom artefaktów, coby stworzyli niezbędne części rogu. Używając go będziemy w stanie zatrudnić ludzi i wyposażyć flotę. Artefakt ten ma tylko jedną wadę - działa bardzo krótko. Tworzy zasoby i przestaje działać. Nikt nie może dokładnie powiedzieć, ile będzie nam służył.
- A skąd u ciebie tak bogata wiedza o rogu obfitości? - zwróciłem się do kapłanki, krzyżując ręce na piersiach.
- Mówi się, że u Archibalda Ironfista znajdował się taki róg, dzięki czemu mógł wyposażać swoją armię w czasie wojny domowej na Enroth. Jednym z powodów jego porażki było to, że ten róg przestał działać - odparła Casmetra.
- Niech mnie kalmar kopnie! - zaśmiał się Jeremy. - A o Archibaldzie skąd tyle wiesz? Myślałem że całe swoje życie przesiedziałaś na wyspie.
- Nieważne - odparła ponuro Casmetra - mamy ważniejsze rzeczy do roboty, panowie.



Do komnaty wpadli przerażeni marynarze.
- Kapitanie! Tam przy brzegu stoją ludzie-krokodyle!
Natychmiast chwyciłem swój miecz i pobiegłem zobaczyć, co też moi ludzie tam znaleźli.

I rzeczywiście od strony brzegu do morza schodziły dwie istoty, podobne do ogromnych reptilionów, z trudem łapiące oddech.
- Niech mnie piorun trzaśnie! - powiedziałem, padając na kolana - Cóż to za bestie?
- To niksy - Casmetra podeszła z tyłu - starożytna rasa morskich rozumnych gadów. Wierzono kiedyś że niemalże wymarły. Kiedyś, dawno temu, to miejsce było ich królestwem. Coś musiał sprawić, że wyszły na powierzchnię. Jestem pewna że jeszcze ich zobaczymy.
- Mam nadzieję że przyszły w pokojowych zamiarach - podsumowałem, powstając z piasku.

Każdego dnia niks przybywało coraz więcej i więcej. Okazało się że wielu z nich potrafi mówić po ludzku i nawet trzymać w swoich łapach oręż. One opowiedziały, jak to kiedyś na jednej ze skalistych wysp ponad poziomem morza istniało ich starożytne miasto. Teraz opanowały je demony. Kiedy książę niks Tark próbował odeprzeć oblężenie, został pojmany. Niksy twierdzą, że ich przywódca jest przetrzymywany w więzieniu Kreegan gdzieś nad brzegiem Eeofolu. Zadecydowałem, że przyda się mu wyruszyć na ratunek, ponieważ książę niks może być cennym sojusznikiem.



Casmetra postanowiła zorganizować naradę. Przy stole zasiadłem ja, Jeremy i sama kapłanka.
- Mam złe wieści. Moi szpiedzy donoszą, że Kreeganie myślą iż Katarzyna zatrudniła piratów aby uderzyć ich armie od tyłu. Zaczęli więc pilnować tylnej części wybrzeża. Niedługo będą w stanie nas stąd wygonić. Im prędzej więc zdobędziemy róg obfitości, tym lepiej dla nas - powiedziała.
- Szlag by trafił moją reputację! - uśmiechnąłem się krzywo. - Teraz każdy gnój będzie myślał że pracuję dla Erathii, a ja tylko chciałem uratować ich maga.
- Cóż, może tak i dobrze, bracie! - zaczął mnie pocieszać Jeremy. - Ulgi w karczmach, łatwy dostęp do głównych portów królestwa! Mnie tylko martwi skąd mamy wziąć tyle pieniędzy, by zapłacić tym pasożytom tworzącym artefakty.
- Możemy wybijać i rabować Kreegan. W końcu przecież jesteśmy piratami! - uradowałem się na myśl o łupach.
- Istotnie - przytaknął brat. - Wszyscy na pokład! Zróbmy topielce z tych ognistych demonów!




Co zrobić, gdy dźwiga się na barkach losy całego swojego ludu? Tark wiedział jak powinien postąpić. Zapewne nie był pewien, czy to doprowadzi jego rasę do dawnej świetności, ale dla swoich bliskich nie zawahałby się ani chwili dłużej.

Jego droga prowadziła wgłąb jaskiń Nighonu. Przez podwodne tunele dotarł do ponurej kraini czarowników, suwerenów i przerażających potworów podziemia. Tark był gotów na poświęcenie, aby tylko wyrwać niksy z niewoli i dostarczyć im wolność.



część IV
Wolność niks




Stałem i obserwowałem jak piraci wprowadzają wojska i surowce na statki. Teraz myślałem tylko o swoim ludzie. Przez wieki trzymaliśmy wiedzę o swoim istnieniu w tajemnicy. Wielu z nas zostało zamordowanych albo zabranych do niewoli.

- Tark, wyruszysz z nami? Czy też masz inne plany? Jesteśmy wdzięczni za pomoc twoją oraz twojego ludu... - Bidley podszedł do mnie, ale mu przerwałem.
- To ja tu jestem wdzięczny. Pokazałeś mi że gdzieś poza tą maleńką wyspą jest jeszcze jakieś życie. Teraz pozostało mi tylko uwolnić swój własny lud. Wiem gdzie oni są.
- Potrzebujesz naszej pomocy? - zaproponował pirat.
- Nie. Wy teraz musicie podążać własną drogą, a ja własną. Muszę ocalić pozostałych. Nie myśl że wszystkie niksy, które spotkasz, będą wiedzieć kim jesteś i zechcą ci pomóc. Wśród nas jest tak samo dużu zbirów i niegodziwców, tak samo jak wśród ludzi - ruszyłem powoli w stronę morza.
- Zobaczymy cię niedługo? - zapytał Bidley.
- Może - odparłem zamyślony. - Może. Jeśli wrócę, znajdę was. A jeśli nie wrócę... po prostu o mnie zapomnij - skończyłem i wszedłem pod powierzchnię wody.



Płynąłem długo. Wiedziałem że na dnie morza są podwodne jaskinie które prowadzą do podziemnego królestwa suwerenów i czarnoksiężników. Oni kiedyś znaleźli i zniewolili jedną z kolonii, która żyła z dala od mojej wyspy. Teraz przyszedł czas na zwrócenie im wolności. A przy tym na pokazanie kto tak naprawdę rządzi niksami. W końcu ja, Tark, jestem ostatnim przedstawicielem rodziny królewskiej.

Coś strasznego przytrafiło się kiedyś mojej rasie, wiele jaj było pustych. To musiała być jakaś plaga. Stopniowo nasza populacja malała, aż w końcu było nas tak mało, że mój niegdyś potężny ród ledwo co zapełnił małą wysepkę i otaczające wody. Powolne rozmnażanie się miało negatywny skutek na wpływy wśród innych ciągle rywalizujących ze sobą ras.

Wiem że teraz władcy Nighonu są pogrążeni w wojnie domowej. I że zanim się zdążą zorientować, będziemy w stanie zaatakować i przejąć kontrolę nad jednym z miast.



Wiem, że nie jestem w stanie uratować absolutnie wszystkich, co najwyżej większość. Niech reszta ucieka jeśli chce żyć. Po przesłuchaniu mieszkańców przechwyconego miasta dowiedziałem się, że suwereni są zajęci wojną i nie zwrócą od razu uwagi na utratę jednego miasta. Ponadto mówili że zniewolone niksy pracują w jaskiniach poniżej dopuszczalnych poziomów. Wydzielają się tam opary śmiertelnie trujące dla ludzi, minotaurów i troglodytów. A my praktycznie nie zwracamy na nie uwagi. Za tę cechę czarnoksiężnicy niegdyś nas kochali.

Te jaskinie są ciemne i duszne. Pomyślałem że byłoby miło znaleźć nowy dom dla swojego ludu. Zapewne ci piraci wiele podróżowali i doskonale wiedzą gdzie znaleźć jakieś ciche miejsce. Tutaj będziemy w stanie osiedlić się i spokojnie odbudować swoją cywilizację, bez obawy o atak z zewnątrz. Dlatego też zdecydowałem się dołączyć do Bidleya i jego towarzyszy, jak tylko uwolnię swoich uwięzionych braci.




Wreszcie nadszedł przełomowy moment! Bidley, Jeremy i Casmetra dotarli na miejsce, gdzie spoczywał róg otchłani. Czy będą mogli się do niego dostać? Czy wiedzą chociaż, co ich czeka, i jak temu sprostać? Rzecz jasna nie wiedzą. Szczególnie Bidley nie był pewien, co będzie mu dane spotkać na swojej drodze. Jednakże gdy jego brat Jeremy był w pobliżu, nie miał się czego obawiać.

Lecz coś powinno ich ostrzec, że nie wszystko pójdzie tak gładko, jak to się działo w poprzednich ich przygodach...



część V
W poszukiwaniu rogu




Dokładne przygotowanie się do poszukiwań rogu było dobrym pomysłem. Droga naszej floty prowadziła na południe od Tatalii, do mało znanych wysepek. Czy to był przypadek, czy też za nami podążali szpiedzy, ale po drodze spotkaliśmy królewską armadę Tatalii. Kilkanaście kogg i dwie fregaty. Walka z koggami była łatwa, ale gdy to ataku przystąpiły fregaty, stało się jasne że trzeba było opuścić pole bitwy. Karawela Bidleya oddała ostatnią salwę i, przy pomocy sprzyjających wiatrów, podążyła z dala od niebezpiecznego miejsca. Jeremy dogonił jego rufę i ruszył za galerą. Ale tatalijskie fregaty rozpoczęły pościg. Zaczęli strzelać w żagle, chcąc nas zatrzymać, i jeden z okrętów zaczął już doganiać naszą flotę, topiąc kolejne galery. Jaszczuroludzie, trzymając w zębach długie noże, wskoczyli do wody, spłynęli na łódkach w stronę galer i rozpoczęli na nich masakrę.

Ostał się tylko jeden statek. Na nim był Patrice, który był jej kapitanem. Po raz pierwszy w życiu.
- Należy jak najszybciej zatrzymać Tatalijczyków - powiedziała pewnie Casmetra - za pomocą magii.
- Na pewno nie trafisz w galerę Patrice'a? - zaniepokoił się Jeremy.
- Nie wiem. Jakoś to będzie - odparła kapłanka.
- Moment, ale nie możemy ryzykować jego śmiercią! - oburzył się pirat.
Ale Casmetra już go nie słuchała. Rzuciła niszczycielski czar, tworząc góry lodowe w wodzie, które gwałtownie uniosły się, niszcząc wszystko co znalazło się na ich drodze. Kawałki lodu i drewna obsypały piracką flotę, fregaty tatalijskie zostały uszkodzone, a galera rozdarta na dwie części.

Casmetra wróciła do swojej kajuty. A Jeremy jeszcze długo stał i obserwował zanikającą potworną górę, która uratowała mu życie, ale odebrała je jego przyjacielowi.



Straciwszy wiele statków i ludzi, nasza flota przybyła na wskazane przez Xanthora miejsce. Mała bezludna wyspa, którą otaczały pradawne skały. Na jednej ze skał wystających z wody jakiś nieznajomy napisał nazwę: Wyspa mściwego węża.

- Moim zdaniem, tutaj nie ma żadnego rogu - powiedział Jeremy.
- To prawda, przyjacielu! Róg jest w wężowym labiryncie, pod powierzchnią ziemi. Tylko ja wiem, jak się tam dostać - powiedziała Casmetra, robiąc krok do przodu i wyciągając ręce na boki.

Zaczęła wypowiadać zaklęcie. Słowa kapłanki formowały się w świetliste litery i znaki, które szybko poleciały w stronę skały i się w nią wtopiły. Kiedy skończyła, rozległ się głuchy ryk skały. I rozległ się nieludzki, metaliczny głos:
- Hasło potwierdzone. Wrota otwarte.

- Co to było? - zapytałem niepewnie.
- Nie wiem - wzruszyła ramionami Casmetra. - Ale mówią, że to głos wyroczni Enroth.
- Do tysiąca czortów! To jest po prostu... po prostu nie do opisania! - zachwycił się Jeremy.

Wśród skał otworzyło się złowrogie, czarne przejście, w którym można było ujrzeć kamienne schody znikające w ciemnościach. Wziąłem w jedną dłoń miecz, a w drugą pistolet.
- Musimy być ostrożni - ostrzegła mnie kapłanka. - Poniżej jest wiele pułapek i iluzji.

Kiwnąłem głową i razem z grupą zaufanych ludzi zaczęliśmy schodzić w dół. Zanim Casmetra i Jeremy zdążyli za nami podążyć, znowu usłyszeliśmy metaliczny głos:
- Drugi poziom ochrony niezatwierdzony. Przejście wzbronione.

Ostatni marynarz miał już wyskoczyć, ale skały zamknęły się przed jego nosem. Zostaliśmy rozdzieleni - ja i moi ludzie wewnątrz labiryntu, a mój brat i Casmetra na zewnątrz. Przez moment zaskoczony siedziałem z małą grupą ludzi w tych tajemniczych wilgotnych jaskiniach. Dziwne było to, że nie było tak ciemno, jak mogło się wydawać. Oświetlał nas niebiesko-biały blask z dołu.
- Kapitanie, co mamy robić? - zapytał jeden z marynarzy.
- Idziemy do przodu - rozkazałem. - Albo wyjdziemy stąd z rogiem, albo wcale. Mam nadzieję, że na górze nas jeszcze nie pochowali.



Znalazłem porzuconą tratwę ze skrawkami i kawałkami pergaminu. Najwyraźniej była to strona jakiegoś dziennika.
...bre buty. Musieliśmy więc owinąć nogi roślinami. Pani powiedziała że w tym labiryncie mnóstwo skarbów, nie tylko sam róg. Dlatego więc, jeśli będzie mi sprzyjać szczęście, znajdę jakieś magiczne buty. Tak właściwie to zaczynam myśleć coby...

Bardzo ciekawe! Ktoś tu najwyraźniej niedawno był i również szukał rogu otchłani. Tylko czy go znalazł? Dalej znalazłem jeszcze parę kartek z dziennika.

...lęty! Zaczynam panikować w tych lochach. Nie mam już absolutnie żadnych pomysłów, gdzie mam iść i co robić. Mam nadzieję, że cała ta przygoda się nam opłaci. Rzeczywiście, zebrałem...

...ykłe szaleństwo. Najgorsze jest to, że ten labirynt jest pełen obłąkanych ludzi kręcących się w tym miejscu nie wiadomo już od kiedy. A do tego potwory morskie i wszelkiego rodzaju potępione stworzenia. I pomyśleć jak wielu śmiałków tutaj przepadło! Czyżbym miał podzielić ich los? Najważniejsze to pamiętać, że nic tu nie jest takie proste. Pani ostrzegała mnie, że jest tu wiele pułapek i iluzji...

...e mogę! To miejsce naprawdę jest przeklęte! Na moich oczach Sandar dosłownie zamieniła się w potwora. Nie wiem co to było - iluzja czy też faktycznie ktoś rzucił na nią klątwę. Ale musiałem ją zabić. A właściwie nie ją, a to czym się stała. I tak straciłem wszystkich ludzi. O, bogowie, nigdy wcześniej nie czułem się aż tak bezradny!

To koniec. Prawie wszyscy zginęli. Ledwie mogę ruszać nogami! Ogromny, przerażający wąż, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. To już nie była iluzja. O tym mnie ostrzegała pani. Ktoś się do mnie zbliża. Wątpię by szukał drogi do biblioteki. Muszę przygotować się do starcia. Prawdopodobnie ostatniego w moim życiu. Już nikt na powierzchni nie będzie pamiętał o skromnym magu Da...

Skromny mag... Coś mi mówi, że jeszcze go tutaj spotkam.



Ujrzałem coś w rodzaju więzienia stworzonego ze starych wraków statku. Podszedłem do rozsypujących się ścian. Zza drzwi rozległ się głos:
- Hej, kolego! Uratuj mnie!
- Nie jestem twoim kolegą - spokojnie odparłem. - Najpierw powiedz mi, kim jesteś i co cię tu sprowadza.
- Moje imię to Dargem. Jestem magikiem, który wpadł w okropne tarapaty.
- Czy to nie twoje notatki znalazłem aż tutaj? - zapytałem.
- Mój dziennik? Tak, a ja zastanawiałem się, gdzie się zapodział. Pojmały mnie szalone zbiry których mnóstwo w okolicy - rozniósł się głos zza drzwi.
- Szukasz rogu otchłani?
- Tak, i myślę że ty również. Nikt tutaj by nie przyszedł, hehe, na spacer.
- Czyżbym wyczuwał konkurencję?
- Zostań! - błagał Dargem. - Uwolnij mnie! Nie jestem twoim rywalem! Dla mnie róg jest bezużyteczny. Weź go sobie i rób z nim co chcesz. Czy to w niego dmuchać, czy może napić się z niego rumu. Beze mnie jednak nie ominiesz iluzji.
- Jakie iluzje? - zainteresowany podszedłem bliżej drzwi.
- Niektóre węże morskie pilnujące rogu nie są prawdziwe. Ale nie znając magicznych słów nie dowiesz się, który wąż to iluzja, a który prawdziwy - wyjaśnił więzień.
- Cóż, wyobraź sobie, że prawie mnie przekonałeś.

W taki sposób znalazłem sobie towarzysza podróży, dzięki któremu mogłem dalej bez problemu przejść do dalszych części jaskiń. Ciekawi mnie tylko co on zrobi po odnalezieniu rogu... no i co się dzieje w tym czasie na powierzchni...




Gdy tylko wrota się zamknęły tuż przed nami, zacząłem bić w nie pięściami i je kopać, ale nie potrafiłem ich w żaden sposób otworzyć. Casmetra spróbowała ponownie zaklęcia, lecz z jakiegoś powodu nie zadziałało.
- Cholera! W taki sposób straciłem pierwszego oficera i brata! - zawyłem i ze złości przejechałem mieczem po dłoni.
- Uspokój się! Twój brat żyje! Jest tam, w labiryncie. I czy wyjdzie z niego, czy nie, zależy tylko od niego! - powiedziała Casmetra, opierając rękę na moim ramieniu.
- Doskonale. Więc co my mamy robić? - rzuciłem wściekle, nawet nie odwracając się.
- Wracamy do obozu i czekamy na Bidleya. Jestem pewna, że mu się uda.

Jako pirat byłem przygotowany na to, że prędzej czy później stracę swojego asystenta, a już na pewno kogoś z bliskich przyjaciół (życie pirata w końcu rządzi się własnymi prawami). Ale nie spodziewałem się, że nastąpi to już teraz i tak nagle. Wszystko przez ten przeklęty róg.



Casmetra patrzyła w magiczną kulę. Podszedłem do niej i także próbowałem w niej coś ujrzeć.
- Uważaj! Zamienisz się w żabę! - rzekła kapłanka.
- Och, naprawdę?! - natychmiast odskoczyłem od kuli.
- Żartuję. Ale żaby również tutaj widzę.
- Jakie żaby, kalmar mnie kopnie? - zapytałem zaskoczony.
- Tatalijskie - wyjaśniła Casmetra. - Ich flota zawróciła. Statki są w trakcie naprawy. Ale żołnierze wyszli na brzeg i liżą swoje rany. Niedługo znowu zechcą nas ścigać i zniszczyć. Zapewne myślą że Regna przypuściła atak na Tatalię.
- Musimy ich jakoś powstrzymać - zgodziłem się. - Inaczej Bidley, jeśli wyjdzie z jaskiń, będzie w szponach tych żab. I psów.

Parę dni później zebrałem w sobie odwagę i wezwałem Casmetrę do swojej kajuty. Kapłanka weszła szeleszcząc suknią i spojrzała na mnie pytająco.

- Casmetra, mam podejrzenia, że można było rzucić zaklęcie bez niszczenia naszej galery - powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy.
- Czemu tak uważasz? - kapłanka była zaskoczona. - Czary są tak specyficzne, że trudno je kontrolować. To jak z pistoletem. Czy potrafisz przewidzieć, gdzie kula będzie lecieć?
- Tam był Patrice. A zauważyłem, że się z nim dobrze nie dogadywałaś - kontynuowałem, stawiając wciąż na swoim.
- Co? Czy uważasz, że ze względu na tego starego piernika byłabym w stanie zabić kilka tuzinów żołnierzy i kilkoro moich uczennic? - Casmetra oburzyła się i wymownie tupnęła.
- Hm, przepraszam, nie to miałem na myśli - zmieszany usiadłem na łóżku. - Mam tylko jakieś zawroty głowy. Patrice jest martwy, mój brat utknął w jaskini i nie wiadomo czy wyjdzie żywy... Nerwy niewarte funta kłaków. Każdego wieczoru upijam się do nieprzytomności! - przyznałem.

Casmetra uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do mnie.
- Jesteś zmęczony, Jeremy. Musisz trochę odpocząć - powiedziała i objęła mnie swoimi długimi ramionami. Muszę przyznać, że ładnie pachniała.
- Tak. Odpocząć - dobra myśl, mątwy mnie w ucho! - uśmiechnąłem się.



Myślałem o Patricie i jego odległym domu. Nigdy tam już nie powróci. Oczywiście, możliwe że on przeżył, ale bardzo trudno w to uwierzyć. Pewnego dnia odwiedzę tamten archipelag i odnajdę jego żonę i córkę. Albo pomszczę ich jeśli ten tyrański gubernator wyładował na nich swój gniew. My, piraci, zawsze zadbamy o to, by wykonać ostatnią wolę zmarłego.




Ledwo Bidley po tej całej podziemnej przygodzie dorwał róg otchłani, już usłyszał za sobą głos:
- Nie mogę w to uwierzyć! Wreszcie jest mój!

Tuż po tym jego nowy przyjaciel Dargem uderzył go w głowę i złapał artefakt. Ściany starożytnej krypty zaczęły opadać, ołtarz zaś wypłynął na powierzchnię, tworząc wyspę. Zdrajca chwycił róg, nie miał jednak pojęcia, co może z nim zrobić. Dargem szybko stworzył zaklęciem łódź i wskoczył do niej, nie zapominając zabrać ze sobą nieprzytomnego Bidleya.

Jeremy i Casmetra spostrzegli wyspę wyłaniającą się z morza. Widzieli również odpływającego w dal Dargema, za nim zaś wypływające spod powierzchni ogromne węże morskie. Jeremy nie wiedział, co to wszystko znaczy, był jednak pewien, że jego brat potrzebuje pomocy.



część VI
Zdrada




Wszystko działo się tak szybko, że nic z tego nie rozumiałem. Wielki gejzer wybuchł na powierzchni oceanu, a z niego wypłynął jakiś magiczny statek. Casmetra powiedziała że na nim jest Bidley. Ale na nim siedział również ktoś inny, kto trzymał róg i mojego brata.

- To Dargem - wysyczała ze złością kapłanka.
- Kim jest ten Dargem? - zapytałem.
- Najemny mag. Pracuje dla Regny. Dokładniej dla jednego z lordów. Wy tam ciągle macie istne gniazdo żmij: zawsze ktoś kogoś próbuje udupić. I akurat ten ktoś potrzebował rogu bardziej niż my. Więc wynajął do tego Dargema.
- Kanalia! Musimy ruszyć za nim w pościg! Diego, przygotuj statki! - wydałem rozkaz.

Długo ścigaliśmy Dargema, dopóki w końcu nie zniknął za jakąś wysepką, a nam nie przyszła na powitanie armada innych statków Regny. Piracka przyjaźń - tak właśnie ona wygląda. Musieliśmy uniknąć starcia, jako że mieliśmy ledwo namiastkę floty. Rozbiliśmy obóz na małej wysepce i zadecydowaliśmy zebrać siły do szturmu na fortecę Dargema, gdzie trzymał on róg otchłani i mojego brata. Mam nadzieję że Bidley jest żyw i ma się dobrze.

Do tego zawitała do nas mała dobra nowina: Tark powrócił! Razem ze swoim ludem wyszedł z morza niedaleko naszego obozu.
- Obiecałem wrócić - zwięźle syknął ogromny władca jaszczurów.
- Mamy problem. Bidley jest w niewoli - wyjaśniłem mu.
- Niksy będą dla was walczyć. Aczkolwiek niektóre wystąpią przeciwko tobie. Ale to ja jestem księciem, racja zaś jest po mojej stronie - uzasadnił Tark.

Następnego dnia przyszła do mnie Casmetra, wyraźnie zadowolona.
- Jeremy - uśmiechnęła się do mnie - mam więcej dobrych wiadomości. Kradzież rogu obudziła węże morskie. Teraz osiedliły się na całym oceanie.
- O tak, cudowne wieści. Wysuszone węgorze rozpanoszą się tu nam wszędzie.
- Jakiś ty głupi - ironicznie odparła kapłanka. - Niektóre z tych stworzeń wciąż myślą że muszą chronić rogu. Ale ich słabe umysły nie mogą zdecydować, czy powinny przywrócić róg na miejsce, czy też może pilnować go tam gdzie jest teraz. Mogę więc rzucić na nie czary, coby węże które chcą zwrócić róg na miejsce pomogły nam pokonać tego zdrajcę Dargema.
- Bardzo dobry pomysł - zgodziłem się - ale gdy już dorwiemy z powrotem róg, co z nimi zrobimy? Wyjaśnimy im, że tylko żartowaliśmy?
- Wy, mężczyźni, zawsze patrzycie na te złe strony - Casmetra skrzywiła się i zostawiła mnie samego.

To nie znaczy jednak, że odrzuciłem plan wykorzystania węży do własnych celów. Jeden taki cudowny stwór może zatopić całą fregatę!



Zwiadowcy donoszą że Tatalijczycy, rozwścieczeni ostatnim ich pogromem, chcą stracić całą swoją flotę po raz trzeci. Odnaleźli nas na tym zapomnianym archipelagu, niegdyś znanym tylko piratom. Gdzieś na wschodzie zbudowali fort i rozpoczęli przygotowania na atak. Z jednej strony to dobrze że nie będą rozróżniać dwóch obozów piratów. Z drugiej jednak wcale nie będzie sympatycznie jeśli to oni, a nie my, pokonają Dargema. Bidley może wtedy zawisnąć tuż obok tego maga.

W międzyczasie w Erathii wybuchła wojna z Eeofolem. Z nieznanych przyczyn w okolicy zaczęły się pojawiać dziwne miasta o złotych kopułach. Wyrastają z ziemi po całym kontynencie! Casmetra wierzy że to armia Władców Żywiołów. Jedno z tych miast pojawiło się gdzieś na północy archipelagu. Prawdopodobnie przyciągnął ich tu róg otchłani. Pewnie chcą go zabrać i zwrócić do wymiaru wody.

Zmęczony tą bezsensowną wojną zdecydowałem więc wysłać list do Dargema. Tym razem postanowiłem nie być aż tak zwięzły i, odświeżając głowę rumem, napisałem do niego:
Dargemie! Do Ciebie pisze admirał armady Regny Jeremy Albatross! Uraziłeś mnie sposobem, w jaki zniewoliłeś mojego brata. Natychmiast go uwolnij i oddaj mu artefakt. Ja obiecuję w zamian zostawić ciebie i twoich ludzi na tym archipelagu w spokoju.



Co prawda po długim czasie, ale Dargem w końcu przysłał odpowiedź. Mam nadzieję że to potwierdza jego głupotę i niezdolność do globalnego myślenia, którym dysponuję. List brzmiał następująco:
Rzekomy samozwańczy admirale Jenny Przepiórko! Zbyt długo siedziałem w tych jaskiniach i czekałem na moment, aż los się do mnie uśmiechnie i znajdę podróżnika, któremu szczęście sprzyja mniej niż mnie. I tak się zdarzyło. Zasługuję na ten róg, jakkolwiek jeszcze nie wiem jak on działa. Sugeruję wam wynieść się stąd. Twój brat jest mi potrzebny tylko żeby zagwarantować mi bezpieczeństwo. Gdy wy się wycofacie, pozwolę mu odejść. Dargem

Zastanawiałem się trzy dni nad ofertą Dargema. Zawołałem Casmetrę do swojej kajuty i zasugerowałem jej wycofać swoją flotę ze względu na Bidleya. Kapłanka zrobiła wielkie oczy.
- Jeremy! Jak śmiesz wygadywać takie bzdury! - zaprotestowała.
- Ale w taki sposób uratujemy Bidleya i obejdziemy się bez większych bitew... - zacząłem wyjaśniać, ale Casmetra mi przerwała.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, co to za typ z tego Dargema i jakie byśmy ponieśli ryzyko. Róg otchłani jest jednym z najpotężniejszych artefaktów jakie istnieją na świecie... Nikt nie wie, kto jest ich twórcą. Prawdopodobnie sami starożytni go stworzyli. To jest dar z czasów cudów! Wystarczy nauczyć się jak go używać, a jego właściciel stanie się niczym bóg! - kapłanka wyraźnie się rozemocjonowała. Podeszła do stolika i pociągnęła łyk rumu. Wyglądało to dosyć zabawnie.
- A Dargem to ostatni drań i łajdak. On nie wypuści Bidleya tylko dlatego, że mielibyśmy odejść. Jeśli wycofasz flotę, każe go zabić i rzucić jego ciało na pożarcie rekinom. A może po prostu jesteś tchórzem? - spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Nie, o pani! Jeremy Albatross to najodważniejszy pirat między Enroth, Erathią i Jadame! - krzyknąłem, klękając u jej stóp.
- I właśnie za to ciebie kocham - kapłanka roześmiała się i mnie przytuliła.



Kiedy obrona regnańskiej twierdzy upadła, Casmetra i Jeremy wpadli do środka. Dargem, zostawiając swojego więźnia i łapiąc róg otchłani, pobiegł do najwyższej wieży. Podczas gdy Jeremy rozplątywał brata, Casmetra krzyknęła groźnie do pirata maga:
- Oddawaj róg! Natychmiast!
Wyraźnie przestraszony Dargem odparł:
- Nie ma mowy! Zdradziłaś mnie, pozostawiając samego na pastwę losu! Teraz jednak już wiem, co robić!

Obejmując artefakt, Dargem zadął w róg. Nim zaklinaczka zdążyła go zatrzymać, rzucił zaklęcie. Nastąpił wielki magiczny wybuch, fala uderzeniowa podzieliła zamek na pół, pod nim zaś ukształtowało się coś przypominającego wir wodny.

Ostatnie co Jeremy pamiętał, to to, jak w akcie rozpaczy próbował wspiąć się jak najdalej od wiru, Casmetra zaś krzyczała do niego:
- Idioto! Dzięki właśnie tobie wciąga nas portal do obcego wymiaru!

Po kilku godzinach, może tygodniach, Jeremy stanął na brzegu morza. Co się stało z Bidleyem? Umarł? Co stało się z rogiem? Czyżby to był koniec legendy o rogu otchłani?




© 2003-17 Kwasowa Grota. Wszelkie prawa zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie, publikowanie lub modyfikowanie tekstów grafiki i innych materiałów chronionych prawem autorskim znajdujących się na stronie bez wyraźnej zgody autorów jest zabronione.
Komnaty "Horn of the Abyss". Redakcja, kontakt